Rytm miasta

18.11.2010 06:52 Rozmowa z Janem Ołdakowskim

Warszawiakiem może być każdy

SERWISY:

 Dziennikarze pytają go ostatnio głównie o rozłam Prawa i Sprawiedliwości. A on wciąż realizuje swój pomysł na warszawskość. Tym razem w postaci piątej edycji festiwalu Niewienni Czarodzieje. W roli głównej tym razem Starsi Panowie. Z Janem Ołdakowskim raczej nie o polityce rozmawia Piotr Bakalarski z portalu tvnwarszawa.pl

NIEWINNI CZARODZIEJE - SPRAWDŹ PROGRAM FESTIWALU

Piotr Bakalarski: Dziś jest pan dyrektorem Muzeum Powstania Warszawskiego, ale jeszcze kilka lat temu szefował pan alternatywnemu klubowi Galeria Off. Czy festiwal Niewinni Czarodzieje to wypadkowa tych dwóch aktywności zawodowych?

Jan Ołdakowski: Pewnie trochę tak. Z Pawłem Kowalem, z którym prowadziliśmy Galerię Off, żartowaliśmy, że nie udałoby się nam zbudować muzeum, gdybyśmy wcześniej nie mieli tej undergroundowej knajpy.

W Niewinnych Czarodziejach dotykamy pogranicza kultury wysokiej i undergroundowej. Stąd też wybór dziwnych miejsc i form. Opowiadamy coś, co działo się między 1956 a 1968 rokiem. W mieście całkowicie zniszczonym pojawiła się grupa ludzi, składająca się głównie z przyjezdnych, która miała błysk geniuszu. Warszawa w gruzach, szaleje stalinizm, nic nie wskazywało, że istnieje wówczas taki potencjał twórczy. W tym niefajnym miejscu pojawiło się najbarwniejsze pokolenie artystyczne w hsitorii Polski.

Postaci, do których się odwoływaliśmy w pierwszej edycji patronują nam do dziś. To Leopold Tyrmand, Krzysztof Komeda i Roman Polański.

Ten Polański dziś panu nie ciąży?

Nie. Odwołujemy się do jego wczesnych filmów, nie skandali obyczajowych, których stał się później bohaterem.

Opisujemy fenomen ludzi, którzy tworzyli tu w latach 50. i wczesnych 60., a chwilę później byli twórcami światowego formatu. Ale śledzimy też to, co działo się później, stąd Kabaret Starszych Panów w tym roku.

Dlaczego właśnie oni?

Bohaterką przedostatniej edycji była Agnieszka Osiecka, ostatniej Kalina Jędrusik. Naturalną konsekwencją było sięgnięcie po Starszych Panów. Z ich twórczością zmierzymy się w różny, nie zawsze oczywisty sposób. Z jednej strony ich piosenki zaśpiewa Biff, z drugiej wątki masochistyczne w twórczości kabaretu będzie starał się wyśledzić teatr Klancyk w spektaklu „Butem Knutem".

Wspomniał Pan, że większość bohaterów festiwalu była przyjezdnymi. A co znaczy dziś być prawdziwym warszawiakiem?

Po II wojnie światowej nie istnieją prawdziwi warszawiacy. Warszawiakiem może być każdy. Zostaje się nim mocą swojej decyzji, tak jak Amerykaninem. Wystarczy przyjechać, stanąć na Dworcu Centralnym i powiedzieć:"Będę tu mieszkał". Krakusem zostaje się w ciągu trzech pokoleń, i dobrze, żeby któryś z naszych dziadków albo rodziców był wykładowcą w Collegium Maius [śmiech]. Otwartość wyróżnia Warszawę.

Kiedy słyszę pytanie czy jestem warszawiakiem, pytam w którym pokoleniu? Moim dziadkowie byli przedwojennymi warszawiakami, ale cóż z tego skoro mój ojciec urodził się w Niemczech, bo babcia wylądowała tam po Powstaniu Warszawskim. Wrócili w 1947 roku, ich domów nie było, więc osiedlili się pod Warszawą. Ja się tam wychowałem, ale czuję się warszawiakiem.

W ostatnich latach dominuje pewna moda, żeby patrzeć na PRL przez pryzmat filmów Stanisława Barei. To obraz surrealistyczny, często absurdalny, ale mimo to dosyć pozytywny. Pańskie środowisko było wobec takiej wizji krytyczne. Ale festiwal Niewinni Czarodzieje prezentuje raczej pozytywne strony życia w PRL. Czy to znaczy, że zmienił pan zdanie?

Nie. Robimy festiwal warszawski i artystyczny. Jego celem jest uprawianie legendy Warszawy, nie rozliczenia z historią i oskarżenia. Tym razem zajmujemy się czym innym. Budujemy szacunek do miasta, jego ówczesnych mieszkańców. Wysyłamy sygnał: "Zobaczcie, w trudnych czasach szalejącego stalinizmu, w zburzonym mieście, byli artyści, którzy w swoich dziedzinach byli najlepsi na świecie. Może wy, którzy macie lepiej, spróbujecie ich dogonić?".

Fascynujące w tamtych pokoleniach twórców, jest to, że wszystko było przeciwko nim – nie mieli pieniędzy, domów, przyjechali bez rodzin. Teoretycznie powinni płakać i prosić o pomoc. Tymczasem wzięli się w garść i to tak, że dziś opowiadamy o nich legendy.

Ten festiwal to dowód, że dyrekcja dusi się w dzisiejszej formule muzeum?

Instytut Stefana Starzyńskiego, czyli oddział muzeum, który organizuje festiwal, zajmuje się tym wszystkim w Warszawie XX wieku, co nie było Powstaniem. To takie muzeum a rebours. Instytut pielęgnuje przedwojenną i powojenną legendę stolicy. Zajmuje się tym, czym zajmował się Starzyński, a on skupiał się, na tym by warszawiacy byli świadomi swojej warszawskości. Dlatego wydawał przewodniki, bedekery i snuł marzenia o przyszłości. My, pamiętając o wszystkich tragicznych wydarzeniach, chcemy pokazać, że byli ludzie, którzy potrafili je przezwyciężać.

System był straszny, jest w tle opisany, ale po to, żeby uwypuklić odwagę cywilną i potencjał twórczy, tych którym poświęcamy festiwal.

Powołanie instytutu było odpowiedzią na słabość warszawskich muzeów i instytucji kulturalnych?

Na tak olbrzymią metropolię jak Warszawa, nie ma ich zbyt wiele. Mamy dobre teatry, kilka porządnych muzeów, ale dobrze, żeby było kilka miejsc animujących życie kulturalne i społeczne. Warszawa jest wciąż zbyt zindywidualizowana. Ciągle nie potrafimy spędzać czasu razem. Trudno ludzi wyciągnąć z domów. Muszą powstać miejsca, gdzie ludzie będą chętnie spędzać czas, jak np. w otwartym ostatnio Centrum Nauki Kopernik.

Brakuje miejsc żywych. Są domy kultury, które odwiedza tylko dwa tysiące ludzie rocznie. Warszawiacy powinni kłaść nacisk, żeby instytucje finansowane z ich podatków były atrakcyjne i zróżnicowane.

Otwarcie Muzeum Powstania Warszawskiego w 2004 roku, wydawało się przełomem w polskim muzealnictwie. Wyczekiwaliśmy kolejnych ciekawych muzeów. Poza Muzeum Chopina, w którym po pół roku działalności znaczna część multimedialnych atrakcji nie działa, niewiele się zmieniło. Muzeum Historii Polski i gdańskie Muzeum II Wojny Światowej to wciąż tylko plany i wizualizacje.

Nasz przełom polegał na odwróceniu ról. Do tej pory ciężar odpowiedzialności leżał po stronie widza – jeśli nie zrozumiał ekspozycji, znaczyło to, że to jego wina. Ekspozycje były przeładowane, podpisy długie i encyklopedyczne. Naszym założeniem było zbudowanie muzeum, które będzie dostępne intelektualnie dla zwiedzających, gdzie nie będzie dominował kult eksponatów. My działamy jak firma, która musi coś sprzedać. Zastanawiamy się jak pokazać eksponaty i opowiedzieć historię młodemu widzowi, który właśnie wstał od komputera i nie jest tym zainteresowany. Każdą opowieść można pokazać w sposób pasjonujący. To był przełom.

Zatrzymajmy się na chwilę przy ekspozycji. Coraz częściej zarzuca się jej, że nie dosyć dużo miejsca zostało poświęcone 150 tysiącom ofiar cywilnych Powstania Warszawskiego. Czy po sześciu latach działania muzeum, nie przyszedł czas na przemyślenie tej ekspozycji, szczególnie w kontekście niedawnych słów generała Ścibor-Rylskiego, który przeprosił ludność stolicy, za "straszne upokorzenia i cierpienia"?

Jesienią w Parku Wolności został odsłonięty pomnik upamiętniający cierpienia ludności cywilnej. Nasza ekspozycja rozpoczyna się roześmianymi twarzami powstańców, którzy mają poczucie sukcesu i wolności, kończy się grobami tych ludzi i filmem "Miasto ruin". Każdy widz musi zadać sobie pytanie, jakie są granicę obrony podstawowych wartości przy takich stratach? Migające napisy "KLĘSKA" nie są konieczne.

Ponadto, cierpienia ludności cywilnej były tematem kilku ostatnich spektakli teatralnych, które przygotowaliśmy. Nie gloryfikujemy bezrefleksyjnie Powstania. Nasz ekspozycja jest wieloaspektowa.

Reagujemy na zapotrzebowanie społeczne. Jeżeli ludzie będą potrzebowali dyskusji na temat ofiary ludności cywilnej, to my to zrobimy.

Pańska kariera w Prawie i Sprawiedliwości dobiega raczej końca. Nie boi się pan, że po wyborach samorządowych straci swoje stanowisko w muzeum?

Jak zaczynałem budować muzeum, mało kto wierzył, że się uda. Warto ryzykować dla ważnej sprawy. Nie znam przyszłości.

Robert Mazurek napisał kiedyś, że wszystko się panu udaje, dlatego jest pan "wyrzutem sumienia polskich nieudaczników". Ma pan już ten tekst na wizytówce?

Nie, ale noszę go w sercu. Nauczyłem się na pamięć i recytuję go sobie, kiedy spotykają mnie jakieś przeciwności losu [śmiech].

rozmawiał Piotr Bakalarski

NIEWINNI CZARODZIEJE - SPRAWDŹ PROGRAM FESTIWALU

Podziel się:

Bądź na bieżąco:
  • SAWA

    zgłoś naruszenie odpowiedz 09.10.2013 10:55 ~SAWA

    elektronik_supersonik~elektronik_supersonik

    Drodzy zacietrzewieńcy od pokoleń, musicie zrozumieć,że bardzo wielu ludzi pracujących w Warszawie nie chce tu docelowo zostać.Mieszkam tu,pracuję,płacę podatki ale nigdy się tutaj nie zamelduję,ani nie zarejestruję samochodu.Inne części Polski są piękniejsze i spokojniejsze, tu się tylko lepiej zarabia, a i to do czasu.Aha,uwaga do kolegi,kóry pisze o psuciu




    rynku pracy i zarobkach rzędu 2500-3000 netto : "trzeba się było uczyć".Każdy z moich znajomych ze studiów, niezależnie od pochodzenia, zarabia znacznie więcej.Może to z Wami jest coś nie tak?

    No to wynocha do siebie jak tam ładniej po co się tu pchać jak ci tak źle.Dziwne że przyjeżdżacie z wiochy do Warszawy i po miesiącu już wam szczekanie psów przeszkadza. Ojciec ziemie sprzedał to i się ma kasiore.

  • aida

    zgłoś naruszenie odpowiedz 22.02.2011 16:11 ~aida

    http://www.facebook.com/snd.osiedle - kawałek pięknej warszawy...

  • madlen

    zgłoś naruszenie odpowiedz 22.02.2011 16:08 ~madlen

    Rodowici Warszawiacy uciekają z Warszawy, ponieważ element napływowy nie dosyć, że po trzech tygodniach przebywania w Warszawie, czuje się Warszawiakiem, to jeszcze nie potrafi się zachować jak należy. Jedzie taki nad morze i zachowuje się jak debil i burak, bo "on jest z Warszawy, to mu wszystko wolno". I takie właśnie osobniki psują opinię prawdziwym Warszawiakom, dlatego nigdzie nas Warszawiaków nie lubią. Wszystko przez pseudo-warszawiaków...
    Oni nawet nie znają historii tego miasta... jeszcze kilka lat temu ganiali kijem krowie odchody po polu a teraz wielkie paniska.... ech.... polacki wieśniaczki...

  • Warszawa Ochota

    zgłoś naruszenie odpowiedz 03.02.2011 21:07 ~Warszawa Ochota

    Warszawiakiem jest osoba która ma tu groby swoich przodków, czyli jest mieszkańcem Warszawy od pokoleń. Osoby urodzone w Warszawie w latach osiemdziesiątych , których rodzice są ludnością napływową, to jeszcze nie warszawiacy. O nie, rozróżniamy Was w tłumie. Ci którzy mieszkają tu od niedawna , płacą podatki i uczestniczą w życiu miasta, to jego sympatycy.
    Na to miano trzeba sobie zasłużyć.
    I nie psuć nam rdzennym Warszawiakom
    opinii. A jeżeli ktoś jest niezadowolony z życia w naszym mieście, to proszę wracać do siebie. My tu wcale nie tęsknimy za przyjezdnymi.

  • Jac

    zgłoś naruszenie odpowiedz 19.11.2010 09:03 ~Jac

    ~Bolo
    Test dla Warszawiaków: kiedy nie Wolno Ruszyć Spacerującego ??

    Zasada z dawnych Lat.

    jak idzie z lagą?

  • Warszawa

    zgłoś naruszenie odpowiedz 19.11.2010 08:51 ~Warszawa

    Moja dziewczyna jest z podkarpacia i jej znajomi się od niej odwrócili w momencie kiedy przyjechała do warszawy za pracą.
    Szydzili z niej że wielka warszawianka z niej się zrobiła - zazdrość.
    Ale kiedy dwójka z tych jej znajomych przyjechała po roku za praca do warszawy nagle było wszystko ok, nagle chcą się spotkać pogadać jakby nic się nie stało!
    Debile!
    A na warszawę narzekają ci, którzy nigdy nie mieli do czynienia z warszawą bezpośrednio, a opierają się na tym co usłyszą od osób trzecich.
    Nikt nie zmusza nikogo do przyjazdu i do podejmowania pracy, ale jeżeli ma się wybór pracy i zarabiania kasy lub klepania biedy w mieście bez perspektyw to co wybierzecie?
    To oczywiście pytanie retoryczne, niech każdy sobie odpowie na nie sam w głowie.
    Ja urodziłem się w Warszawie i jest mi z tym dobrze, nie mam zamiaru tłumaczyć się za innych, tak jest wszędzie i zawsze się znajdzie grono ludzi, którzy narobią wiochy i przyniosą wstyd swojemu miastu i nie ma znaczenia czy to jest Warszawa, Kraków, Gdańsk czy inne większe bądź mniejsze miasto!
    Tyle.

  • antysnob

    zgłoś naruszenie odpowiedz 19.11.2010 00:08 ~antysnob

    Jednak Ołdakowski to niepoprawny marzyciel o wielkiej, różnorodnej, wieloetnicznej, barwnej Warszawie stolicy Polski.
    Wszechwarszawiacy na forum, ksenofobia, tandetne socjologiczne kalki, środowiskowe kiczowate klisze, wstyd wszechwarszawiacy.
    To nie przyjezdni, ale wy sami zamieniacie Warszawę w pipiduwę za gęstego ciemnego lasu. Wstyd. Warszawa jest stolicą. Każdy Polak jest w swojej stolicy u siebie. Tym stlice państw różnią się od pipidów.

  • telemach

    zgłoś naruszenie odpowiedz 18.11.2010 23:48 ~telemach

    Szukanie prawdziwych warszawian jest równie poprawne jak ściąganie gaci w celu szukania wszech i prawdziwych Polaków. Ołdakowski wam drodzy niby rdzenni chciał to wytłumaczyć, ale u niektórych z was z rozumieniem czytanego tekstu słabo.
    Po upadku Powstania Listopadowego car postanowił Warszawę upodlić i zamienić jej otwartą stołeczność w małomiasteczkową wsobność, bez pozytywnego wpływu na Polskę. Represje carskie, mordy, wywózki i ucieczki warszawian, masowe, nowe rosyjskie, żydowskie i inne osiedlenia z inspiracji zaborcy doprowadziły do kompletnego warszawskiego pomieszania z poplątaniem już w XIX wieku, dużo wcześniej niż tow bierut nakazał swoje wizje. Zresztą zdecydowana większość niby rdzennych prawdziwych warszawian nie raczy pamiętać faktu, że ich pra, pra, pra też kiedyś skądś przyjechał lub jeśli nie przyjechał jako obcy, to był swoim wieśniakiem z okolicznej wioski, administracyjnie włączonej w granice miasta całkiem niedawno. Większość granicznych dzielnic Warszawy jest miastem niewiele dłużej niż sto lat, czyli zaledwie trzy cztery pokolenia. UW ma historię krótką i też wcale nie taką znowu zawsze piękną i warszawską. Wybudowanie kolei petersburskiej i wiedeńskiej i wszelkie przemiany tamtego zaborczego okresu rozpoczęły nowe pośpieszne osiedlenia na skalę nie mniejszą niż te po IIWŚ, tak demonizowane teraz. Tylko, że o tych XIXwiecznych dziadkach przybyłych wówczas do Warszawy, niby rdzenni, prawdziwi, rodowici nie raczą już pamiętać, bo po co, skoro lepiej drwić z nowych obecnych.
    Warto też przypomnieć o roli cytadeli i jej niezwykłej wydajności w realizacji zamysłu cara. Ktoś, kto chciał w stołecznej Warszawie coś dla całej Polski i Polaków wymyślić, ginął, zostawał zsyłany, lub sam wyjeżdżał, uciekał aby tego uniknąć, dostawał wilczy bilet i szlaban na jakikolwiek rozwój itp. Kto wówczas zajmował ich miejsca? Najczęściej tacy właśnie prawdziwi pozostali warszawscy egoiści, co siebie samych i czubek swojego warszawskiego nosa uważali za koniec

  • klemens

    zgłoś naruszenie odpowiedz 18.11.2010 23:22 ~klemens

    Drogi Elektroniku. Widzę, że to co napisałem przyjąłeś bardzo osobiście. Ale ja pisałem o ogólnej sytuacji, a nie o konkretnych przypadkach. Zacznę od dopowiedzi na ostatnią część Twojego wpisu. Nie uważam, że ludzie dzielą się na Warszawiaków i resztę świata. Tak się składa, że to praktycznie w każdym zakątku naszego kraju nie lubią Warszawiaków tak jakbyśmy byli z jakiegoś innego świata. Za co??? Tego chyba nie wie nikt. Ty pewnie tego nie doświadczyłeś, ale wielu Warszawiaków owszem. Jeszcze raz pytam za co??? Być może to właśnie przez zawiść i zazdrość. Może to właśnie mieszkańcy innych miejscowości uważają, że bycie Warszawiakiem jest nobilitujące i tego właśnie zazdroszczą. Tego nie wiem... Jeżeli chodzi o zarobki to pisałem o ogólnej sytuacji, a nie o swoich. A żeby sobie polepszyć sytuacje finansową to owszem zmiana pracy jest najlepszym sposobem. Ale skoro już poruszyłeś temat ścieżek kariery i naturalnych konsekwencji tych ścieżek, to musisz też zauważyć, że w niektórych zawodach, żeby lepiej zarabiac trzeba przejśc przez kolejne szczeble "kariery". Do tego jeszcze często dochodzą okoliczności niezależne do nas, które dość skutecznie utrudniają realizację planów. Inne poprostu wynikają z przepisów, a tych się nie da przeskoczyć (przynajmniej pracując uczciwie). O moją pracę się nie martw, radzę sobie nienajgorzej, a jak uznam, że dostaję za mało to napewno zmienię.
    Cieszy mnie natomiast to, że Tobie Warszawa się podoba. Ja akurat swoją antypatię do przyjezdnych zacząłem od kiedy wokół mnie pojawiło sie sporo ludzi spoza Warszawy narzekających na nią zupełnie bez powodu. Na Warszawiaków zresztą też. Ale mam też trochę znajomych spoza Warszawy, który podobnie jak Ty lubią Warszawę i są oni moimi dobrymi znajomymi. Ja nie zazdroszczę im niczego, a oni nie zazdroszczą mnie. A w rozmowach miedzy sobą nigdy nie wytykamy sobie kto skąd jest. Problem w tym, że takich osób znam niewiele. Myślę, że gdyby w całej Polsce nie podchodzono do Warszawiaków z ta

  • WT

    zgłoś naruszenie odpowiedz 18.11.2010 22:26 ~WT

    O nie warszawiakiem nie moze byc kazdy,warszawiakiem jest tylko osoba tutaj urodzona.Tak samo ja nigdy nie bede gdanszczaninem bo sie tam nie urodzilem i tyle w tym temacie.

  • ZASADY FORUM: Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników portalu. TVN Warszawa.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii. Dodaj swój komentarz »

  • Zobacz wszystkie komentarze »

Byłeś świadkiem ciekawego wydarzenia?

Zostań Reporterem 24 - wyślij nam swój materiał przez Kontakt24 lub kontakt24@tvn.pl

Oglądaj wideo

Oglądasz: Mur runął na parkingu

Przeczytaj o tym więcej »

Oglądasz: Wybite szyby i zniszczone auta

Przeczytaj o tym więcej »

Oglądasz: Z tramwaju wprost pod koła

Przeczytaj o tym więcej »

Oglądasz: Anioł objawił się na Ursynowie

Przeczytaj o tym więcej »

Oglądasz: Hipsterskie śniadania w autobusowej hali

Przeczytaj o tym więcej »

Oglądasz: Zorganizowali "gang dzieciaków" i pomazali chodniki

Przeczytaj o tym więcej »

Oglądasz: To może być bardzo droga podróż

Przeczytaj o tym więcej »

Ulice

Komunikaty o utrudnieniach na drogach

Pałac kultury i nauki Mapy z informacjami o ruchu drogowym - Targeo.pl
  • 07:31 Marsa/Żołnierska: uszkodzona sygnalizacja świetlna
  • 09:46 Tunel na ulicy Globusowej: utrudnienia
  • 08:42 Powstańców Śląskich/Połczyńska: potrącenie 2 osób

Absurdy

Dokąd zmierzasz, Ursusie?

Dokąd zmierzasz, Ursusie?

Mieszkańcy Ursusa nie chcą, by jedna z ulic nosiła nazwę Quo Vadis. Twierdzą, że tytuł powieści Henryka Sienkiewicza ma zbyt trudną pisownię. WIĘCEJ »

Zobacz więcej absurdów »