Informacje

20.04.2017 06:50 HISTORIA WARSZAWSKIEGO STREET FOOD

Model K67, czyli gdzie są
budki z placu Konstytucji?

SERWISY:


- Napiszcie sonet miłosny - taką pracę domową dostaliśmy od polonistki w pierwszej albo drugiej klasie liceum. To była połowa lat 90., a zadanie dotyczyło wyłącznie chłopaków. Większość męczyła się więc klecąc częstochowskie rymy tak, by było "coś o fascynacji", ale za żadne skarby nie zdradzało, która z koleżanek i który aspekt miłości interesuje nas najbardziej. Za to Grzesiek... On przechytrzył wszystkich!

Wymknął się nauczycielce, nie zdradzając nic ze swoich skrytych uczuć, a jednocześnie naskrobał kawałek tak pikantny i pełen mięsa, że parowały wszystkie nastoletnie głowy w klasie. Niestety, sonet "Do pani z budki z sajgonkami na placu Konstytucji" przepadł gdzieś w archiwum naszej nauczycielki. Nikt nie pomyślał wtedy, by zachować go dla potomnych, bo po lekcjach wsiedliśmy w 514 i pojechaliśmy na plac Konstytucji, żeby razem skonsumować to coś. Coś, co kojarzyło się wtedy z pociągającą egzotyką i zakazanym owocem, bo o tym miejscu mówiło się przecież, że jest nieprzyzwoite i brudne.

Pierwsza kuchnia niepolska

- Na początku lat 90. powstawały pierwsze kulinarne budki - wspomina Nina Harbuz, dziennikarka i rodowita warszawianka. - Dla mnie to był fenomen, żeby kupować w budce jedzenie. Wtedy w ogóle nie było zwyczaju stołowania się poza domem. Do tego były to wyjątkowo egzotyczne dania, mimo że raczej nie miały wiele wspólnego z Azją - dodaje.

Dr Włodzimierz Pessel z Instytutu Kultury Polskiej Uniwersytetu Warszawskiego zauważa, że nowy dla Polaków był również specyficzny "układ architektoniczny", który powstał na placu po ustawieniu budek.

- Było ich strasznie dużo i wiernie odtwarzały hutong - tradycyjny azjatycki zespół szczelnie połączonych za sobą parterowych budynków. Stały gęsto, po obu stronach placu, tworząc mikromiasteczko - wspomina.

I przypomina, że były tam nie tylko jadłodajnie, ale też kioski typu "mydło i powidło", warzywniaki, sklepy z pirackimi kasetami i obowiązkowy stragan z przemycanymi papierosami. Bary nazywano "chińczykami", choć prowadzili je głównie Wietnamczycy. Byli pierwszymi obcokrajowcami widocznymi na warszawskich ulicach w większej liczbie. Wielu przyjechało do Polski na przełomie lat 80. i 90. Część została do dziś, chociaż budki z placu zniknęły w październiku 1999 roku.

Kilka miesięcy wcześniej prezydentem miasta został Paweł Piskorski. Pod jego rządami Zarząd Dróg Miejskich nie przedłużył zgody na zajmowanie placu. Potem - w asyście straży miejskiej - rozmontowywał i wywiózł stragany i bary. Zaczęto od symbolu -  baru Zielony Smok. Oficjalną przyczyną likwidacji orientalnego zagłębia był planowany remont Marszałkowskiej i placu Konstytucji.

Pies i gołąb na gruzach systemu

Egzotyczne potrawy, a może zupełnie nieznana do wtedy, odmienna kultura właścicieli budek sprawiły, że sajgonkowe zagłębie obrosło legendami. Mówiło się, że nazwy dań nie odpowiadają rzeczywistości, bo kucharze łapią gołębie i sprzedają je jako kurczaki. Inna opowieść głosiła, że zamiast wieprzowiny używane jest mięso z psa. - Pamiętam napis na budce "Chińczyk, oddawaj mojego Burka" - wspomina Marcin Malicki.

O to, czy zagłębie budek rzeczywiście było siedliskiem chorób i zarazy, znów pytam doktora Pessela, bądź co bądź autora pozycji "Studia z historii kultury sanitarnej Warszawy".

- Mieszkałem w tych czasach na Wilczej i wsiadałem do autobusu na placu Konstytucji, więc niemal codziennie widziałem wylewanie pomyj z garów do studzienek kanalizacyjnych - odpowiada. Wspomina też "niesłychane zapachy tego taniego jedzenia, tanich przypraw". - Cały plac był tym zdominowany, choć zdarzały się i przeploty z zapachem palonego plastiku, bo budki płonęły, nadpalały się lub topiły - mówi.

Dodaje, że były to czasy najdzikszego kapitalizmu, a sanepid do warszawskiego hutongu się nie zapuszczał. - Kojarzy mi się to z ryciną Piwarskiego z połowy XIX wieku, przedstawiającą garkuchnię. Plac Konstytucji to było takie wczesnotransformacyjne wcielenie garkuchni. Od nich się nie wymagało czystości. Podobnie było na gruzach powojennej Warszawy: zupa z kotła w serialu "Dom" - podkreśla i zauważa, że zagłębie budek było również garkuchnią na gruzach, tyle że systemu. Jednocześnie "żarcie od Azjaty" było dla Warszawy pierwszą okazją do otwarcia na kulturową różnorodność.

Papryka wzmacnia doznania

Legenda o tym, że skład tamtejszych dań nie odpowiadał ich oficjalnym opisom brały się też z cen. Jedzenie "chińszczyzny" było opcją oszczędnościową. Na placu Konstytucji stołowali się choćby studenci korzystający z pobliskiej biblioteki przy Koszykowej. Artur Kaczorek z nostalgią przywołuje charakterystyczną polszczyznę barowej obsługi: - Kuciak w ćeśće na otro za pięć złotych. Ech... - skomentował, gdy na Facebooku zapytałem znajomych o wspomnienia warszawskiego jedzenia ulicznego.

- Porcja kurczaka w cieście kokosowym (takie kuleczki) kosztowała wówczas 4,50. Więc raz na jakich czas, zamiast na nudne wykłady, chodziłam tam z kolegą i kupowaliśmy jedną porcję na spółkę. Na pewno dawali wtedy dużo więcej surówki niż obecnie - dodaje Agnieszka Chojecka.

Dzielenie się ulicznymi daniami to zwyczaj wcześniejszy niż czasy przemian ustrojowych. Związany z okresem znacznie większych niedostatków i z pierwszym, rdzennie polskim, fast-foodem. Zanim Wietnamczycy dali poznać Polakom azjatyckie jedzenie, na ulicach panowały bowiem przyczepy kempingowe. Ich niekwestionowaną królową był model Niewiadów N126 - jednoosiowa konstrukcja turystyczna. W latach 80. wiele egzemplarzy zaliczyło tylko dwie trasy. Oprócz ostatniej drogi na złomowisko, tę pierwszą - na miejsce sprzedaży zapiekanek.

- Zapiekanki kosztowały chyba 60 złotych. Swoją drogą uczyłem się na ich przykładzie inflacji, bo potem były po 80, potem 100, potem więcej. A ja nie bardzo rozumiałem dlaczego są coraz droższe. I z tymi swoimi ograniczonymi zaskórniakami, które dostawałem od mamy, wyliczałem, ile kiedyś mógłbym kupić zapiekanek - tak lata 80. wspomina Przemysław Kupidura.

Może to tylko sentyment z czasów dzieciństwa, ale większość rozmówców wspomina zapiekanki, jako niebywały przysmak - coś, czego dziś nie sposób odtworzyć. - Przy okienku był plastikowy pojemnik z papryką; papryczyłem sobie te zapiekanki do bólu, żeby je jak najsilniej przeżyć - opowiada Kupidura.

Zapiekankowego zagłębia nie było, za to przyczepy, które uzupełniały sieć wcześniejszych okienek, rozsiane były po cały mieście. Moi rozmówcy wspominają te na Rutkowskiego (obecnie Chmielna) przy skrzyżowaniu z Hubnera (obecnie Zgoda) i zapiekanki z okienka przy kinie (obecnie teatrze) Polonia na Marszałkowskiej.

Z czasem przyczepy zaczęły serwować inne "klasyki ulicy". - Biała przyczepa campingowa na rogu Wałbrzyskiej i Puławskiej. Bardzo wczesne 90., w ofercie głównie straszne hamburgery, ale hot-dogi mieli boskie, z normalną parówką plus słodko-ostry ogórek i totalna nowość - prażona cebulka. Obok w kolejnej przyczepie były "desery", czyli słodycze z RFN-u. Kupowało się kilka sztuk i biegło do domu zdążyć na "Sekretny dziennik Adriana Moll'a" - przypomina sobie Joanna Tarkowska.

W innych wspomnieniach pojawiają się przyczepy na Chomiczówce, Moczydle, Bródnie czy w zoo. - Gdzieś przy lwach. Nagroda za spacer w tłumie, w upale, po pękającym od korzeni asfalcie. Szare pieczarki, piekący keczup i te bardzo cienkie serwetki, które namakały keczupem, kleiły się do bułki, i dopiero po wzięciu gryza orientowaliśmy się, że zjedliśmy kawałek z serwetką. A na ziemi leżały topolowe robale - wspomina Barbara Piotrowska.

Hot dog bez parówki

Alternatywnym rarytasem (choć niektórzy twierdzą, że wręcz wcześniejszym) przygotowywanym w polowych warunkach była bułka z pieczarkami. Za klasę samą dla siebie uchodziła ta z okienka na Nowomiejskiej, przy Rynku Starego Miasta. Bułka była wydrążona jak dziś te do hot-dogów ze stacji benzynowych i wypełniona farszem z pieczarek, cebuli, masła oraz czosnku. Oficjalnego przepisu oczywiście nie ma, a w internecie można trafić na spory dotyczące detali. Na przykład tego, czy natka pietruszki może trafić do wypełniającej bułkę mieszaniny, czy też niszczy całość.

Bułki z pieczarkami zostały jednak wyparte przez zapiekanki i dziś są już absolutną rzadkością. Za to ten drugi przysmak wytrzymał zmasowany atak kuchni azjatyckiej i późniejszą ofensywę kebabów. Przyczep było coraz mniej, ale niektóre przetrwały nawet do XXI wieku.

- Pamiętam dobrze przyczepę na rogu Grójeckiej i Bitwy Warszawskiej. Korzystałem z niej regularnie między 1997 a 2001, ale była wcześniej bo mam jakieś mgliste wspomnienia z dzieciństwa, że zdarzała się kolejka. Zniknęła jakoś pewnie w połowie dwutysięcznych. Jadałem tam często, być może raz w tygodniu, bo stała obok przystanku, z którego po szkole jechałem do domu - wspomina Maciej Gołaszewski, od zawsze mieszkający w Ursusie. - Zapiekanki były duże, długie pewnie na jakieś 40 centymetrów, szerokie na 6-7 centymetrów. Dużo pieczarek i sera - rozmarza się. I dorzuca garść szczegółów: - Tylko jedna wersja do "wyboru". Wyglądały jak robione domowo czy manufakturowo, nie jakieś mrożonki ze sklepu - dodaje.

Później "zapieksy" straciły rynkową pozycję, ale złapały nowy oddech i do dziś istnieją w ramach ulicznego, kulinarnego fusion.

Ofensywa turecko-amerykańska

Gdy na placu Konstytucji kilogramami sprzedawano sajgonki, a z przyczep kempingowych podawano bułkę za bułką, do Warszawy przyjechał Maho A. Kazkondu z Turcji. Była pierwsza połowa lat 90. Maho chciał dotrzeć do Niemiec, postrzeganych jako raj na ziemi. Został, gdy zrozumiał, że wie coś, czego tutaj nie wiedzieli - że mięso pieczone na obrotowym kiju może być pyszne. Jego historię dwa lata temu opisał portal natemat.pl kreśląc sylwetkę człowieka, który dziś zarabia miliony na produkcji kebabowych półproduktów dla fastfoodowych barów. Pierwszy taki bar założył właśnie Maho A. Kazakondu przy Dworcu Centralnym.

- Już sam widok tego kręcącego się mięsa sprawiał, że chciało się tego spróbować - wspomina na facebooku Marcin. Tego samego zdania były całe rzesze warszawiaków. Kluczem do sukcesu okazało się jednak nawet nie mięso i pikantny sos, ale to, że "kebsa" można było kupić także późno w nocy. Postoje przy Centralnym, dworcu Śródmieście, w okolicach Chmielnej i Nowego Światu błyskawicznie wpisały się w imprezową rutynę.

Dziś porównywalną popularnością cieszą się burgery. By odróżniały się od tych podłych, mrożonych, z lat 90. marketing pozbawił ich przedrostka ham. Grille z okrągłym kotletem kilka lat temu zaczęły wypełniać niewielkie lokale Warszawy. Zaraz po nich na podbój podniebień ruszyły food trucki. Najpierw właśnie z burgerami, dziś serwujące wszystko - od kuchni amerykańskiej, przez meksykańską po włoską.

Równolegle rodziła się moda na frytki belgijskie - kolejny przykład nowej, lepszej odsłony powszechnie znanego klasyka. Bo 20 i więcej lat temu uliczne frytki były synonimem najgorszego z możliwych mordercy wątroby. - Przypominam sobie frytkowe okienko na Nowym Świecie. Sprzedawała tam pani, którą nazywaliśmy Maryla Rodowicz. Wyglądała jak ona, tylko w wersji różowej. Jedzenie natomiast wyglądało jeszcze gorzej - to było ohydne, ociekające śmierdzącym tłuszczem - opowiada kulturoznawca, doktor Igor Piotrowski z UW. I radzi, żeby przyjrzeć się jeszcze samym budkom, bo infrastruktura to historia równie fascynująca jak przygotowywane w niej posiłki.

Słoweński hit eksportowy

Prawdę mówiąc ten tekst powstał właśnie dzięki infrastrukturze. Zaczął się bowiem tam, gdzie budki kończą: na Noteckiej 4. Jest skład staroci Zarządu Dróg Miejskich. Między magazynami z falistej blachy, rosłymi topolami i stertami zużytych słupków ulicznych dogorywają też stare budki, które kiedyś stały na stołecznych ulicach.

Niektóre mają jeszcze wyklejone na szybach menu. Ceny niewysokie. Sajgonki bez mięsa 3 sztuki 3,50. Wieprzowina brokułowa 6.

To typowe białe klocki z czerwonym napisem "dania fast food", które restaurator kupował zapewne z katalogu, wraz od razu z wymalowaną na ścianie "marką". Jest kilka nietypowych konstrukcji, pewnie samoróbek lub pochodzących z krótkich serii. Ale większość to K67 - w Polsce kiosk-symbol lat 90., który tak bardzo opatrzył się ludziom żyjącym w tych czasach, że nie zauważają go jak powietrza czy nieba.

A K67 to projekt nie byle jaki. Powstał w 1966 roku, w pracowni Słoweńca Sašy J. Mächtiga. Chodziło o stworzenie niedrogiego obiektu, który będzie mógł funkcjonować samodzielnie lub łączyć się w większe "aglomeracje". Produkt z tworzywa sztucznego powstawał przez ponad 20 lat w fabryce w niewielkim słoweńskim mieście Ljutomer. Gdyby zrodził się na Zachodzie, dziś byłby ikoną designu. A że masowa produkcja tego specyficznego, nieco futurystycznego, kosmicznego modelu trafiała głównie do Europy Wschodniej, dziś jest on tylko historią, a nie historią wzornictwa przemysłowego.

Marcin Chłopaś /r

Podziel się:

Bądź na bieżąco:
  • LOLO

    zgłoś naruszenie odpowiedz 27.07.2017 00:19 ~LOLO

    00:40 Andrzej Macierewicz spożywa chiński obiad

  • ByQ

    zgłoś naruszenie odpowiedz 18.07.2017 15:54 ~ByQ

    A kto pamięta zapiekanki przy pl. Unii Lubelskiej? Solniczka ze słoika, druga z papryką ... ech ...

  • Szaman

    zgłoś naruszenie odpowiedz 04.07.2017 07:46 ~Szaman

    Na placu Konstytucji nie było budek Model K67. Tam był ten model bardziej kanciasty.

  • seti

    zgłoś naruszenie odpowiedz 07.05.2017 20:27 ~seti

    Na Jelonkach pamiętam budę z frytkami, gdzie obierali i kroili sami ziemniaki. Bułki z pieczarkami dziś to już nie to samo i mało ich, ale na Starówce można kupić w wielu miejscach. Były też kiedyś takie zapiekanko-pizze prostokątne, np za Rynkiem Nowego Miasta i przy kinie Atlantic. Zapiekanki teraz przeżywają renesans, w Krakowie na Kazimierzu w tzw okrąglaku jest z 10 okienek z zapiekankami, kolejki do niektórych sięgają nawet po kilkadziesiąt osób - od razu widać, gdzie kupić, bo są dobre.

  • Struś

    zgłoś naruszenie odpowiedz 30.04.2017 06:23 ~Struś

    Magiczne lata 90 to prawda. Ja w jednej z tych budek poznałem swoją żonę która jest ze mną do dzisiaj.Tak bardzo fajne to były czasy.

  • Tłumacz

    zgłoś naruszenie odpowiedz 22.04.2017 15:55 ~Tłumacz

    Ponieważ językiem urzędowym w Warszawie nadal jest język polski (o dziwo!), i nie wszyscy mieszkańcy biegle posługują się językiem polglisz, pozwolę sobie przetłumaczyć podtytuł artykułu z polglisz na polski: "Historia warszawskiego Street Foodu" - pol.: Historia warszawskiej gastronomii ulicznej.

    Może trochę dłużej, ale nie każdy musi wiedzieć, że "ee" czyta się w Warszawie jak "i" a "oo" jak "u" ;)

  • elektronik

    zgłoś naruszenie odpowiedz 20.04.2017 21:46 ~elektronik

    A niewiadowa, na Żoliborzu przy szkole "Elektronik" pamiętacie? Buda stała na przeciwko sklepu mięsnego, który sąsiadował przez ścianę z zakładem pogrzebowym.

  • Żoliborskie Lwy

    zgłoś naruszenie odpowiedz 20.04.2017 21:41 ~Żoliborskie Lwy

    Pierwszy Kebab w Warszawie (a może i w Polsce) był na Placu Komuny, na Żoliborzu, obok kina wisła. Było to w czasach jak nikt nie słyszał o kebabie. Jadłem to kilka razy, nie wiedząc, że 15 lat później stanie się jasne co to jest kebab. Ludzie myśleli, że to większa odmiana hamburgera.
    Kto to pamięta?

  • Xavery

    zgłoś naruszenie odpowiedz 20.04.2017 20:53 ~Xavery

    Janusz WarszawskiJanusz Warszawski

    A czy ktoś pamięta BUŁKĘ Z PIECZARKAMI zamiast parówki.
    Informacja dla urodzonych po 1980-tym: Parówki były na kartki, bo wtedy były robione z mięsa.

    Kartki, owszem, były, ale mięsa prawie w ogóle nie było. Państwowi producenci nie marnowali go na tak luksusowy towar jakim były parówki. Pełnowartościowe mięso było wykupywane na pniu (kartki nie stanowiły problemu - stanowiły nieoficjalny środek płatniczy we wzajemnych rozliczeniach). A jako towar klasy "popularnej" sprzedawano wtedy takie "specjały" jak: pasztetowa, mortadela czy tzw. serwolatka. Oczywiście produkowane z ostatnich odpadów i pozamięsnych wypełniaczy.

  • Xavery

    zgłoś naruszenie odpowiedz 20.04.2017 20:44 ~Xavery



    Wola_waw~Wola_waw

    Smażalnia frytek w przejściu podziemnym pod pedetem na Woli. Kojarzycie?? Dobry artykuł brawo:)
    aa1~aa1


    Były najlepsze! I solniczka zrobiona ze słoika :)
    Jelonki~Jelonki

    Kto z Woli ten pamięta :)

    Takich frytkowych przybytków było więcej. Choćby pawilon w parku przy Świętokrzyskiej (bliżej Marszałkowskiej). Był czas, że w czasach powszechnego kryzysu co bardziej obrotni ściągali z zagranicy smażalnice do frytek i otwierali gdzie bądź takie lokale stając się "prywatną inicjatywą" i to dość dobrze sytuowaną. Był też czas na maszyny do hot-dogów ale te zniknęły śmiercią naturalną, kiedy to dumny europejski naród nie był w stanie wyprodukować parówek do tego dania. Ersatzem parówek stały się wtedy duszone pieczarki ale niespecjalnie ten pomysł chwycił (z pieczarkami też był problem, jak ze wszystkim). Na Starym Mieście, w knajpie Pod Murzynkiem chyba do tej pory ten specjał serwują (nie wiem, dawno nie byłem). Pod koniec lat 80-tych podobny boom dotyczył zapiekanek... Lata 90-te to już wolna amerykanka i najczęściej śmieciowe żarcie w dosłownym tego słowa znaczeniu.
    A ciekawe czy ktoś pamięta "grill bar" przy dworcu W-wa Ochota. Co prawda frytek tam nie było ale były dobre kaszanka i kiełbasa:)

  • ZASADY FORUM: Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników portalu. TVN Warszawa.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii. Dodaj swój komentarz »

  • Zobacz wszystkie komentarze »

Byłeś świadkiem ciekawego wydarzenia?

Zostań Reporterem 24 - wyślij nam swój materiał przez Kontakt24 lub kontakt24@tvn.pl

Oglądaj wideo

Oglądasz: Mur runął na parkingu

Przeczytaj o tym więcej »

Oglądasz: Wybite szyby i zniszczone auta

Przeczytaj o tym więcej »

Oglądasz: Z tramwaju wprost pod koła

Przeczytaj o tym więcej »

Oglądasz: Anioł objawił się na Ursynowie

Przeczytaj o tym więcej »

Oglądasz: Hipsterskie śniadania w autobusowej hali

Przeczytaj o tym więcej »

Oglądasz: Zorganizowali "gang dzieciaków" i pomazali chodniki

Przeczytaj o tym więcej »

Oglądasz: To może być bardzo droga podróż

Przeczytaj o tym więcej »

Ulice

Komunikaty o utrudnieniach na drogach

Pałac kultury i nauki Mapy z informacjami o ruchu drogowym - Targeo.pl
  • 07:31 Marsa/Żołnierska: uszkodzona sygnalizacja świetlna
  • 09:46 Tunel na ulicy Globusowej: utrudnienia
  • 08:42 Powstańców Śląskich/Połczyńska: potrącenie 2 osób

Absurdy

 Zostawiła zepsute auto. W maju. Stoi na trawniku do dziś

Zostawiła zepsute auto. W maju. Stoi na trawniku do dziś

Trzy miesiące temu kobieta zaparkowała samochód na trawniku, wyszła z niego i… do tej pory nie wróciła. Mieszkańcy są oburzeni, a straż miejska rozkłada... WIĘCEJ »

Zobacz więcej absurdów »